Krakowianie zagłosowali nogami

fot. Archiwum

W niedzielę krakowianie głosowali w wyborach do rad dzielnic. O 372 mandaty walczyło około 1,3 tys. kandydatów. Niestety postawa obywatelska mieszkańców stolicy Małopolski może budzić poważne zastrzeżenia, bo zainteresowanie tymi najbardziej lokalnymi z lokalnych wyborów było na żenująco niskim poziomie.

Frekwencja w tegorocznych wyborach do rad dzielnic, w zależności od sposobu liczenia, wyniosła od 12 do nieco ponad 13 proc. – Nie generowaliśmy ogólnej frekwencji, bo zawsze występują przekłamania. Nie wszystkie okręgi wybierały, więc frekwencję podajemy dla każdej z dzielnic na podstawie wydanych kart – wyjaśnia Agata Jarząbek, Miejska Komisarz Wyborcza. Mówiąc o tym, że nie wszystkie okręgi wybierały, Agata Jarząbek ma na myśli fakt, iż w wielu okręgach kandydaci zdobyli mandaty jeszcze przed wyborami, nie mieli bowiem żadnej konkurencji.

– Nie uważam, żeby frekwencja była niska. Obawialiśmy się niższej, ale jest porównywalna do tych, kiedy wybory były oddzielne – dodaje Jarząbek.

Przypomnijmy, w 2011 roku frekwencja wyniosła 12,74 proc, zaś cztery lata wcześniej była ponad trzykrotnie wyższa. Przed czterema laty, gdy wybory do rad dzielnic odbywały się wraz z wyborami do rady miasta w głosowaniu uczestniczyło grubo ponad 30 proc. uprawnionych.

Zerowe kompetencje, niemrawa kampania

– Jak się porówna z wyborami uzupełniającymi do senatu, to ta frekwencja jest wstrząsająco wysoka – ironizuje dr Jarosław Flis, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Kompetencje i codzienny kontakt z radami dzielnic nie są zatrważające. Poza tym to już są trzecie wybory tej jesieni, a wiadomo, że każde kolejne wybory odznaczają się niższą frekwencją. Jednak najważniejsze jest to, że ustawodawca nie przewidział łączenia wyborów do rad dzielnic z wyborami do rady miasta. Fatalne rozwiązanie, koszmarne marnotrawstwo pieniędzy. To, że frekwencja jest dwucyfrowa i tak jest pewnym zaskoczeniem – tłumaczy.

Wzorem Warszawy

Gdy spojrzy się na zakres kompetencji krakowskich rad dzielnic można odnieść wrażenie, że są one jedynie niewiele znaczącym dodatkiem do rady miasta. Najniższy szczebel samorządu pełni rolę ciała opiniującego, zdanego na działania rady miasta i miejskich jednostek. Za tym paraliżem kompetencyjnym idą również niskie pieniądze, niepozwalające de facto na zaspokajanie potrzeb społeczności lokalnych.

Inaczej jest w Warszawie, gdzie na barkach rad dzielnic spoczywają realne obowiązki, a każda z nich ma swojego burmistrza. Do kompetencji stołecznych radnych dzielnicowych należy m.in. utrzymywanie i eksploatacja lokali należących do gminy, zadania związane z ochroną zdrowia, utrzymanie zieleni i dróg o charakterze lokalnym czy utrzymanie i eksploatacja dzielnicowych obiektów administracyjnych.

Problem niskiego zaangażowania mieszkańców w wybory do rad dzielnic jest zauważalny przez radnych wyższego szczebla. Łukasz Wantuch z Przyjaznego Krakowa postuluje ograniczenie liczby dzielnic i co za tym idzie samych radnych.

Z kolei klub Prawa i Sprawiedliwości poszedłby o krok dalej. – Jako klub PiS w 2016 roku rozważaliśmy taki pomysł, żeby napisać tzw. ustawę krakowską. Rozmawiałem z warszawskimi radnymi i stołeczne rozwiązania wydają się być słusznymi. Oczywiście Warszawa jest dużo większym miastem i siłą rzeczy te kompetencje są większe, ale w Krakowie można by spokojnie scedować część kompetencji na dzielnice. Te mogłyby zajmować się np. wydawaniem „wuzetek”, planowaniem i budową lokalnych inwestycji – dróg czy chodników, a nie tak jak teraz, że i tak musza „prosić się” ZDMK, a także wykonywaniem bieżących remontów w szkołach czy domach kultury, ale nie w takim mocno ograniczonym zakresie, jak ma to miejsce teraz. Gdyby rady dzielnic miały większe środki na programy remontowe, to szkoły wyglądałyby zupełnie inaczej niż teraz – tłumaczy Michał Drewnicki.

Radny PiS jednocześnie zmniejszyłby liczbę samych dzielnic. – Niektóre zostały powołane, ale mieszkańcy nie czują z nimi więzi. Wciąż mocno aktualny jest podział na 4 dzielnice – dodaje.

Pomysł zwiększenia kompetencji rad dzielnic jest bliski wspomnianemu wcześniej Jarosławowi Flisowi, jednak studziłby rewolucyjne zapały radnych.

– Reagowanie zmianami na to, że coś nie jest jeszcze takie, jakie byśmy chcieli, nie jest dobre. Demokracja ceni sobie stabilność i przewidywalność reguł. Większe kompetencje tak, ale podział Krakowa na gminy nie jest potrzebny. Najważniejsze jest to, by nie robić tych wyborów oddzielnie, bo one nigdy nie przebiją się do świadomości mieszkańców – mówi.
Najniższa frekwencja w tegorocznych wyborach była w Dzielnicy XII Bieżanów-Prokocim, gdzie zagłosowało jedynie 9,39 proc. uprawnionych, zaś najwysza w Swoszowicach, w których do urn pofatygowało się
18,38 proc. mieszkańców.

comments powered by Disqus